Ofensywnie i stylowo. Rozmowa z Piotrem Reissem

Ofensywnie i stylowo. Rozmowa z Piotrem Reissem

27.06.2014; 10:11
Dodał: Maciej Sadłowski | Źródło: własne | Foto: LN/RoG

 

Już w najbliższą sobotę będziemy emocjonowali się Benefisem Piotra Reissa, który raz jeszcze pożegna się z poznańskimi kibicami. Jeden z Czytelników naszego serwisu internetowego przeprowadził niezwykle obszerny, ale i niezwykle ciekawy wywiad z ikoną Kolejorza. Gorąco zachęcamy Was do lektury!

Jakkolwiek tytuł materiału, który mam zaszczyt Czytelnikowi zaprezentować, nie jawi się może imponująco, to wszakże poczuwam się do obowiązku, aby go dodatkowo rozjaśnić. Otóż, w pierwszej kolejności jest to rozmowa, co sugeruje, że głos zabierały obie strony, a więc pytania zadający – niezwykle zaszczycony taką przyjemnością – oraz odpowiadający, którego przedstawiać mi nawet nie wypada. Nie jest to zatem wywiad, ja nie jestem zawodowym dziennikarzem, a konwencja zahacza raczej o gawędę bogatą w dygresje. Odnoszę bowiem nierzadko wrażenie, że tzw. wywiady, które czytam w polskiej prasie sportowej czy też na fachowych portalach tematycznych, znam na pamięć, a nawet wiem co w nich pomieszczono zanim zostaną ogłoszone. Nie ze względu na dar jasnowidzenia, którego – o czym można się poniżej przekonać – nie posiadam, ale przez wzgląd na zastanawiającą schematyczność takich rozmówek, nie raz i nie dwa okrutnie sztampowych. Tym bardziej więc ośmielam się polecić ten zapis moich kawiarnianych indagacji, bo sadzę, że nie aspirując do miana asa wywiadu, emanuje on w zamian autentycznością. Nie oznacza to oczywiście, że do rozmowy tej nie przygotowywałem się solidnie: rzecz, być może całkiem wbrew pozorom, jest owocem dłużej refleksji i lektury, ale nie w tym upatruję główną jej zaletę, a w osobie bohatera: niezwykle życzliwej, otwartej, chętnej do dyskusji. Dlaczego ofensywnie i stylowo? Bo taki futbol kocham, a kogóż lepiej o to zagadnąć niż legendę ataku naszego klubu? Dlaczego o piłce nożnej? Bo zazwyczaj, jak czasem się mi zdaje, najmniej o nią pytamy piłkarzy (bo chyba nie chodzi o sakramentalne: „opisz jak padła pierwsza bramka” lub „czego zabrakło?”) – to po pierwsze. Po drugie zaś, dlatego że będzie o wielu klubach, piłkarzach, trenerach, systemach gry i stylach, a nie wyłącznie o Lechu Poznań. I na koniec rzecz niesłychanie istotna: nasza pogawędka miała miejsce niemal rok temu, dokładnie 12 VII 2013 r. Niestety mając problem ze sprzętem i mówiąc oględnie, nie będąc specjalistą w dziedzinie informatycznej, pogodziłem się już prawie ze stratą całości nagrania i stenogramu, gdy wtem – szczęśliwym trafem – udało odzyskać się plik tekstowy, wydobywając go niemal z Hadesu… Tym faktem podbudowany wziąłem się do pracy i oto jej efekt, którego ocenę zostawiam Łaskawym Czytelnikom, dziękując przy tym zarówno Piotrowi, jak również redakcji Lechity.net za nieziemską cierpliwość i zrozumienie dla mej gapowatości w tym temacie. Jako, że zbliża się benefis Piotra Reissa (28 VI 2014) przyszła mi do głowy myśl, że warto tę rozmowę odświeżyć i wreszcie opublikować. Jakkolwiek minęło niemal dwanaście miesięcy od jej nagrania to jej warstwa merytoryczna nie ucierpiała zbytnio z powodu dezaktualizacji. Tam gdzie, mimo mego przerażającego gadulstwa, nie potrafiłem powstrzymać się od wtłoczenia w tekst komentarza, ująłem rzecz w nawiasy kwadratowe i potraktowałem kursywą. Zapraszam do lektury i komentowania!

Remigiusz Augustyniak, Poznań 11 VI 2014 r.

Wszelkie uwagi/propozycje piszącego te słowa: remik136@wp.pl.

---

Zacznę diablo podstępnie: od której kolejki ligowej styl się nie liczy?
Po której, konkretnie, styl się nie liczy?

Nie ukrywam, że Krzysztof Kotorowski, co sezon przy okazji wywiadów zwykł na pewnym etapie rozgrywek obwieszczać, że teraz to „styl się już nie liczy”. Przy całej sympatii dla naszego bramkarza, ciekaw jestem, która to właściwie kolejka – pierwsza, szósta, dziesiąta?
To zależy, jak sadzę, od trenera i strategii klubu, kierunku w jakim ma być prowadzony. Jeśli chodzi o Lecha to myślę, że styl gry zawsze będzie ważny, ale najważniejszy z pewnością pozostanie wynik, bo to od wyniku zależeć będzie frekwencja na stadionie. Już się do tego przyzwyczailiśmy, że jeśli Lech gra wysoko w tabeli to kibiców przychodzi na mecze znacznie więcej, aniżeli kiedy znajduje się poza czołówką. Niemniej ja doskonale pamiętam czasy kiedy Lech wcale nie walczył o żadne spektakularne sukcesy, a na trybunach zasiadało tyle samo kibiców co i dzisiaj, a przecież wiemy jak od tego czasu zmienił się stadion. Zresztą jednym z moich – podkreślmy cudzysłów – „zmartwień” jakie przysparza mi nowa rola [jako świeżo upieczony wówczas doradca zarządu ds. sportu] w Lechu jest zagadnienie: przyciągnąć jak największą rzeszę kibiców. Nie ukrywajmy, że to kibic właśnie jest głównym sponsorem klubu. Jeśli regularnie mecze na stadionie przy Bułgarskiej oglądać będzie zdecydowanie więcej ludzi niż dotychczas, to i zyska na tym aspekt sportowy – otwierają się szanse dokonania transferów o odpowiedniej jakości.

Skoro poszliśmy chwilowo w tym kierunku, to jaka liczba sprzedanych karnetów byłaby dla Ciebie zadowalająca, jeśli brać pod uwagę możliwie bliską przyszłość – dwadzieścia tysięcy?
Przecież były niedawno momenty kiedy sprzedawano po trzynaście tysięcy wejściówek na wszystkie mecze rundy. Jeśli byśmy doszli do dwudziestu tysięcy to byłby realny sukces.

Tylko pod warunkiem, że sytuacja taka powtórzyłaby się przynajmniej dwa, trzy razy z rzędu.
Jasne, chodzi właśnie o tę powtarzalność. Arsenal sprzedaje blisko 60 000 abonamentów co sezon, i to jest właśnie fajne.

Barcelona, sprzedaje jeszcze więcej, ale ma też stadion na blisko sto tysięcy.
No ok, ale na Barcelonę chodzi masa turystów, a ja chciałbym bardziej, żeby Lech miał swoich kibiców – oddanych, wytrwałych i niech będzie ich nawet 25 tysięcy, ale takich co przyjdą zawsze.

To prawda, ale Barça ma ponad 60 tys. socios, którzy są posiadaczami całosezonowych abonamentów i na klubie im bardzo zależy.
Ale ci socios nie stwarzają na meczu takiej atmosfery…

Jasne, niemniej wiadomo, że tam oprawa meczu przybrała zupełnie inny wymiar, zwłaszcza z początkiem lat 90. gdy fanów zjednoczonych w „Boixos Nois” uznano za terrorystów i prowadzenia zorganizowanego dopingu zaniechano. Zresztą zamknijmy ten wątek w nawias.
FC Barcelona to jest wytwór kibiców, powiedzmy, nowoczesnych, bo wcześniej różnie z tym bywało.

Dla mnie zawsze był Lech, ale jak wielu z nas mam i tę wiecznie drugą w hierarchii drużynę, właśnie FC Barcelonę. Tak było wówczas, gdy w sezonie 2002/2003 zajmowała w lidze piętnaste miejsce i nie zmienia tego ostatnie lanie od Bayernu – nadal utożsamiam się z tym sposobem gry. [Ostatni sezon także okazał się być lekcją pokory] 
Kto na dobrą sprawę pamięta Barcelonę z początku lat osiemdziesiątych? Gdzie tę drużynę można było oglądnąć? Nie było przekazu internetowego, jak można kibicować drużynie której się nie ogląda? Ja natomiast jeśli pamiętam ligę hiszpańską z pierwszych transmisji telewizyjnych, jeszcze jako małe dziecko, to dla mnie był to Real Madryt, bo to Real głownie pokazywano w urywkach „Sportowej Niedzieli”. Pamiętam stąd Santiago Bernabéu, Emilio Butragueño i Hugo Sánchez, natomiast Barcelona dla mnie to głównie od momentu Koemana i Stoichkova.

No, rzecz jasna, że nie pokazywano w telewizji, ale nazwiska Cruyff i Michels były przecież znane i uznane. Zresztą takich kibiców gazetowych, znających tylko wynik drużyny, rzadko strzelców bramki, a od zupełnego święta skład zespołu, któremu jakimś niewytłumaczalnym sposobem zaczęli już wtedy kibicować, było wielu. Znany przykład to Michał Okoński i Tottenham.
Ha, a ja uważam, że Anglia to jednak co innego, bo akurat z tej ligi najwięcej jeszcze było fragmentów dostępnych w polskiej telewizji. Stąd chyba też mój sentyment do tamtejszej piłki, którą oglądam do dziś [dodajmy, że ściskając kciuki za Chelsea].

Nieco odbiegliśmy chyba od dyskusji o stylu.
Nie sądzę, żeby daleko.

Właściwie racja, ale wróćmy na rodzimy grunt. Ja uważam, że styl jest akurat bardzo ważny i twierdzę – niewiele ryzykując - iż nie ma w Polsce od dość dawna drużyny, której styl byłby rozpoznawalny, ciekawy, przyciągający i jasno określony. Mimo wszystko myślę, że za Franza wiadomo było czego się spodziewać, i wcale nie chodzi o „najgorsze”. Nawet jeśli metody bywały prymitywne, to nie trawię takiego aktualnego natrząsania się z poczuciem wyższości, uprawianego przez wielu, którzy akurat chętnie wtedy Lecha oglądali. Była też, dla równowagi, Wisła Kasperczaka, która grała fajny i ofensywny futbol nie przez cztery kolejki, ale przez dłuższy okres czasu, więc chyba jednak można?
Zgadzam się, dlatego też twierdzę, że Lech powinien mieć swój styl i ten styl będzie miał. Tylko żeby wypracować swój styl, trzeba postawić na trenera, nad którym nie ciąży bezustanna presja wyniku i który będzie miał chęci, predyspozycje czyli wystarczająco dużo charyzmy, oraz możliwości, by z czasem nadać specyfikę swojej drużynie. Trener Rumak akurat należy do tych trenerów, którzy chcą tego dokonać.

A będzie to styl ofensywny, o którym rozmawiamy, bo mam pewne daleko idące wątpliwości, zwłaszcza, że początki nie były obiecujące?
Żeby zacząć grać w sposób preferowany przez danego szkoleniowca trzeba najpierw zrozumieć jego filozofię. Czy będzie to filozofia dobra, czy zła to okaże się najpewniej w praniu i po dłuższym czasie. Johan Cruyff też pewnie nie stworzyłby katalońskiego dream teamu, gdyby nie dostał czasu, a przecież mógł stracić pracę w Poznaniu w pamiętnym 1988 r. i, oczywista, gdyby nie miał zawodników których przekonał do swojej koncepcji uprawiania piłki nożnej: zawodników którzy zrozumieliby jego filozofię ciągłego ataku. Nas w tej chwili na taki luksus nie stać, bo też chętnie obsadzilibyśmy trzy, cztery pozycje wymarzonymi graczami, co jest przecież na ten czas nierealne. Każda filozofia gry potrzebuje czasu, naprawdę, nawet jeśli to takie trywialne i oklepane stwierdzenie. Ja akurat rozumiem dlaczego styl Franciszka Smudy tak się wyróżniał na tle innych ekip, bo on po prostu robił coś co w polskich drużynach było dotąd często niespotykane.

Postaram się o dowód, że jednak niewiele potrzeba czasu aby odcisnąć wielkie piętno na zespole. Dowodem tym jest praca Marcelo Bielsy z Atlethic Bilbao. Kongenialny trener i przesympatyczny zespół. Trudno uwierzyć, że drużyna, która w tak spektakularnym stylu doszła do finału LE, ogrywając dwukrotnie Manchester United, oraz do ostatniego meczu w rozgrywkach Copa del Rey, jeszcze sezon wcześniej uznawana była za najbardziej pancerną wersję hiszpańskiego futbolu. Kibice wiwatowali gdy Baskowie wywalczyli rzut rożny – najgroźniejsza była to bowiem ich broń – a Javi Martínez wystawiany bywał na 10. jako najbardziej kreatywny z pomocników! I to wszystko w jeden, krótki dodajmy, okres przygotowawczy – „tylko” trzeba mieć takiego trenera jak Bielsa. [Bielsa ostatecznie zrezygnował z pracy na San Mames, od przyszłego sezonu prowadzić będzie drużynę z Marsylii. W zeszłym sezonie ekipę Los Leones do upragnionej Ligi Mistrzów (ostatnia runda kwalifikacji) wprowadził Ernesto Valverde, po części kapitalizując pracę poprzednika].
No zgadza się, ale ostatnie wyniki ligowe nie były najlepsze. Pewnie miało to wiele przyczyn, Llorente nie chciał przedłużyć kontraktu, zmęczenie zawodników itd. i zapewne dlatego trener Bielsa nie przedłużył umowy ze swoim klubem. Niemniej uważam niezmiennie, że powinno się mieć styl i jestem przekonany, że Lech wreszcie wypracuje swój, bo ma takie właściwości i potencjał jakiego nie maja inne kluby w naszym kraju: jest jedynym wielkim zespołem w regionie, z tradycją i stać nas na to by nie tylko być skutecznym, ale grać w charakterystyczny, nowoczesny, a więc miły dla oka sposób. W ogóle w Polsce wszystkie ekipy, które zaczynają grać nieco wyżej, krótką piłką wybijają się na tle przeciwników, bo nie wszystkie zespoły angażują zawodników o umiejętnościach pozwalających na granie w taki sposób. Tak było za Smudy, może za Kafarskiego w Lechii. 

Stokowiec próbuje czegoś podobnego
Tak. I to fajnie, bo mi się podoba długie utrzymywanie przy piłce, a nie tylko walić do przodu na wynik, najczęściej zresztą 1:0. I tego samego uczymy już dzieci w Akademii Piłkarskiej Reissa, gdzie bramkarz nie ma prawa wybić piłki nogą jak najdalej – znaczy, by mnie dobrze zrozumiano: ma obowiązek grać nogami – ale nie wolno mu czym prędzej pozbywać się piłki, bo każda akcja w naszej filozofii musi być rozegrana w oparciu o kolejne formacje: obrony, pomocy i wreszcie ataku. Nie o to chodzi, jak się z tym często spotykamy na turniejach w których rywalizujemy, że bramkarze szybko wyrzucają jak najdalej futbolówkę, aby
błyskawicznie znaleźć się pod bramką rywala – nie tędy droga, naprawdę, my zdecydowanie stawiamy na rozegranie akcji od tyłu, co oczywiście jest dużo trudniejsze, ale daje zdecydowanie lepsze efekty w postaci umiejętności techniczno-taktycznych zawodników, nawet jeśli cierpi na tym nierzadko wynik potyczek między najmłodszymi adeptami piłki nożnej. Wiadomo, że dziecku trudniej pojąć, że nie wynik aktualnie jest najistotniejszy, a sposób gry właśnie, bo tylko ten zaowocuje w przyszłości, w poważniejszym graniu. W piłce seniorskiej płynne i prędkie przejście od obrony do ataku jest tym czego od swoich graczy trenerzy wymagają przede wszystkim, ale nie można działać jednotorowo i należy, już od najmłodszego, ćwiczyć grę atakiem pozycyjnym, który w Polsce od dawna mocno kuleje.

Otóż i to! Ja jestem „zakochany” w ataku pozycyjnym, to jest rzecz, której nam w Polsce niemożebnie brakuje, a właśnie Barcelona pokazała ostatnimi czasy, że można wygrywać trofea stosując głównie tę formę natarcia, i że jest to także gra dla inteligentnych wirtuozów, a nie wyłącznie dla atletycznych sprinterów. Zresztą choćby w tenisie trend jest podobny, bo chyba Federer nie ma będzie miał już szans z przebijającymi do bólu zza linii Djokoviciem czy Murrayem.
Ale przyjemniej ogląda się grę Federera (śmiech).

Pełna zgoda. Spójrzmy na Brazylię – mistrzem świata została pięć razy a wiesz, którą ekipę wybrali kibice, cztery lata temu w głosowaniu, jaką tę którą zapamiętają najbardziej? Otóż, tę która nie wygrała nigdy żadnego tytułu, nawet trzeciego miejsca nie zajęła, ale obrosła legendą mistrzostw z 1982 roku. 
Czyli Socrates, Eder, Zico…

Dokładnie. I stwierdzono powszechnie, że to było to, co najbardziej brazylijskie w futbolu: piętnaście strzelonych bramek, fantazja, jakość. No, ale odpadli wówczas ze specyficznie grającymi Włochami.
Tak, Paulo Rossi ich wtedy rozszarpał tymi dwoma bramkami. Ja też tę Brazylię pamiętam najlepiej, powiem szczerze.

To co wirtualnie wybierasz, grę dla Athleticu Marcelo Bielsy czy Interu José Mourinho, Brazylii Telê Santany czy raczej Grecji Otto Rehagela? Rozumiem – wynik, rozumiem doskonale jego wagę, ale co byś wolał – przegrać w wielkim stylu, czy wygrać za wszelką cenę? Nawet jeśli czasem tych pokonanych pamięta się dłużej niż zimnych triumfatorów.
Tylko tak jak i my, czasami trenerzy są uzależnieni od jakości oraz potencjału, który jest w zespole. Trudno było Rehagelowi z Grekami wprowadzić styl, powiedzmy wspomnianego Bielsy, skoro nie miał do tego wykonawców. Niemniej rzeczywiście, Inter bazował na piłce siłowej, ale Mourinho przyzwyczajał nas już do tego, że jego sukcesy opierają się przede wszystkim na piłce skutecznej, aniżeli widowiskowej. Chelsea zdobywając mistrzostwo po latach, 15-18 meczów wygrała 1:0. Tak budował zespół Mourinho, taka jest jego filozofia gry. Ale ja również wolę drużyny, które grają ofensywnie – mimo, że kibicuję Chelsea – te, które znakomicie czują się w ataku pozycyjnym. No a jakie drużyny czują się doskonale w ataku pozycyjnym? Te z najlepszym zapleczem taktyczno-technicznym. Aczkolwiek przyznaję, że czasami gra Barcelony doprowadza mnie po prostu do szału, ponieważ oni potrafią klepać piłkę przez pięć minut nie oddając strzału, co też czasami bywa już dla kibica frustrujące. Wszystko musi mieć swoje miejsce w piłce. I gra w ataku pozycyjnym, ale też oddawanie strzałów, stwarzanie sytuacji bramkowych sięgając po prostsze środki. Myślę, że na boisku trzeba to wszystko połączyć i z tego powodu, zwłaszcza w tym ostatnim okresie Barcelona przestała mi się podobać, bo oni grają, grają, grają i cały czas grają… [Barcę prowadził wtedy, nieżyjący już, Tito Vilanova].

Dlatego uwielbiałem Guardiolę próbującego grać systemem, który dla mnie jawi się jako idealny, czyli 1-3-4-3, ale z trójką ofensywnych pomocników, bo wiedział, że nie da rady tymi przerzutami do Alvesa zaskakiwać ciągle wszystkich rywali.
Tak, ale on nawet nie miał napastników – bo Messi ustawiony był jako środkowy napastnik. Nie przypadkiem przecież. Messi kreuje grę. To powinien być zawodnik podwieszony za napastnikiem, bo mimo wszystko powinien być jeszcze w Barcelonie zawodnik, który jest skutecznym egzekutorem, który zawsze pozostaje z przodu.

To Messi nie jest skutecznym egzekutorem?
No tak, ale ja czasami zastanawiam się, co stanie się z Barceloną, jak zabraknie w Barcelonie Messiego?

Fabregas gra na jego pozycji.
I gra tak skutecznie?

Przyznam, że akurat w meczach ligowych, bardzo dobrze to wyglądało.
Ok, ale w lidze przychodzi się Barcelonie zmierzyć z takimi klubami jak Celta Vigo, a nie ujmując Celcie, jest to łatwiejsze zadanie niż gra z drużynami z Ligi Mistrzów. Nie wyobrażam sobie, np. w lidze angielskiej Messiego, gdzie spotyka się z dużo twardszymi obrońcami i czy on wytrzymałby sześćdziesiąt kilka meczów? Nie wiem. I co by było z Barceloną, gdyby takiego zawodnika zabrakło? Bo dzisiaj ich styl gry, to przede wszystkim Messi. Natomiast co będzie kiedy jego nie będzie? Pokazała to dobrze Liga Mistrzów – chuchali, dmuchali na niego, ale z Bayernem w Monachium…

To prawda, mnie to się również nie podobało zbyt duże uzależnienie od jednego, nawet takiego formatu, zawodnika, ale moim zdaniem, to nie było jedyny czynnik tej bez wątpienia klęski. Był tu problem trenera i przygotowania fizycznego, z którego wzięły się w tym czasie także urazy Busquetsa i Xaviego (którzy, nb. musieli z nimi występować).
Myślę, że Barcelona ma ten problem, że za dużo w zespole jest oparte na Messim. I wyciągając to ogniwo z Barcelony, ta drużyna traci spokojnie 30-40% swojej skuteczności. I to jest właśnie ból.

Wracając już na rodzimy grunt, czy Twoim zdaniem to przypadek, że polski trener nie pracuje w żadnej z 20 najsilniejszych lig europejskich? Wg moich kalkulacji w ligach tych pracują nawet: Litwin, Macedończyk, Słoweniec, a Białorusin nawet w Lokomotivie Moska, czyli ma kupę kasy do wydania i może sobie wiele rzeczy poukładać na takim dobrym, europejskim poziomie. I nawet jeden Luksemburczyk w prowadzi drużynę w Szwajcarii. To jakiś pech, że Polacy nie są atrakcyjni na takim rynku? [Wykaz dotyczy stanu na sezon 2012/2013 r. i pochodzi z artykułu zamieszczonego w „Przeglądzie Sportowym” pt. „Polscy trenerzy najgorsi w Europie?” autorstwa Przemysława Zycha, publikacja internetowa z dnia 22 VI 2013 r. na łamach serwisu przegladsportowy.pl].
Myślę, że poruszyłeś bardzo ciekawy temat. Jak rozumiem, w żadnym z wymienionych przez Ciebie przypadków, nie występują bariery językowe. Bo Białorusin w Rosji, rozmawia na pewno swobodnie, Luksemburczyk w Sankt Gallen tak samo. Natomiast jeśli chodzi o Polaków… Cóż, polskie drużyny nie grają za dobrze. Jak można sprawdzić, ocenić trenera, który pracuje praktycznie „chwilowo”? Czy jest u nas trener, który pracował z jednym klubem pięć sezonów?

Fornalik długo pracował w Ruchu Chorzów, ale czy bite pięć sezonów – nie wiem, może cztery?
To my się tu zastanawiamy nad czterema latami, a jak się spojrzy na Niemcy – 10, 15 lat stażu w jednej drużynie co poniektórzy mają.

No właśnie, Tomasz Schaff – kolejna legenda, w Werderze Brema – 10-11 lat pracy?
Czyli można trzymać długo trenera.

Prezes Rutkowski mówił kiedyś, że Werder Brema jest dla niego lustrzanym klubem do Lecha, jeśli chodzi o potencjał, czyli raz mistrzostwo, raz liga mistrzów, raz Europa, ale nigdy poniżej pewnego, przyzwoitego, poziomu, i właśnie Rutkowski podkreślał, że bardzo mu się to podoba, że Schaffa konsekwentnie nie zwalniają. Zresztą Smudy też nie zwolnił, a była przecież presja po roku. [Schaff nie przedłużył kontraktu z Werderem].
Trudno mi to oceniać.

Dlaczego jednak pytam o trenerów – wziąłem tutaj naszych Lechitów, ale też kilku innych jeszcze zawodników – Muraś, Augustyn, Salamon – wszyscy oni w wywiadach podkreślali, że była przepaść taktyczna pomiędzy tym do czego byli przyzwyczajeni w naszym kraju, a zagranicą. Murawski twierdził, że takich odpraw to nie miał nigdy dotąd, że takiego nacisku na taktykę jaki kładziono w Kazaniu nie mógł sobie nawet wyobrazić grając nad Wartą. Jakie są Twoje wspomnienia w tej materii, czy w Herthcie również odczułeś to – by tak rzec - zderzenie cywilizacyjne? Hertha zdaje się wtedy system 1-3-5-2 grała.
To jest różnie. Po pierwsze z doświadczenia, z perspektywy, przynajmniej polskiego zawodnika wiem, że polski piłkarz zawsze chętnie narzeka na trenera. Obojętnie, jaki on by nie był, to zawsze: albo że nie przygotował zespołu, albo słabo taktycznie, albo to, albo tamto… A wydaje mi się, że najmniej piłkarze wymagają od samych siebie. Od ich profesjonalizmu bardzo wiele zależy. Trener, a już zwłaszcza na takim poziomie – to zawód człowieka z pasją, i nie są to puste słowa, bo trenerem nie można być trzy godziny dziennie, trenerem trzeba być praktycznie dwadzieścia godzin na dobę, poza czterema godzinami snu, gdzie można śnić o czymś innym, bo pewnie druga połowa snów jest o piłce. Stąd też potrzebna jest czysta pasja, podejście do zawodu. Myślę, że każdy, kto chce być dobrym trenerem, musi się temu zawodowi poświęcić. Dlatego ja teraz, głównie z tej przyczyny, nie zostałem trenerem. A mając dokumenty, papiery, doświadczenie mogłbym trenerem zostać. Po części realizuję się w tej roli poświęcając wiele uwagi mojemu najmłodszemu dziecku, czyli Akademi Piłkarskiej Reissa, która ma niecałe trzy lata. Jednakże chciałbym teraz więcej czasu zaofiarować moim najbliższym. Prawdę mówiąc rodzinę, przez te wszystkie lata, może nie zawodziłem, ale nie też nie rozpieszczałem: nie oddawałem jej tyle czasu ile należy, ile sam bym pragnął. Stąd też moja świadoma decyzja, aby nie brnąć w trenerkę przynajmniej na tę chwilę… Czas pokaże jak będzie w przyszłości, ale czasami frustrują mnie niektóre sytuacje w polskich klubach, jak widzę, to czasami można wychodzić z siebie i zniechęcić się do trenowania na dobre. Na szczęście nie mówię tutaj o Lechu.

A jeśli trener – to juniorów czy seniorów?
Trudno powiedzieć, myślę, że z młodzieżą mam fajny kontakt i też bym paru zawodników, mam nadzieję wychował, ale sama praca trenera bez względu na to, czy pracuje się z juniorami, czy z seniorami, czy z dziećmi, wymaga tego, aby podejść do niej z owa pasją, a ja w tej chwili troszkę chcę odpocząć. Natomiast, wracając do stylów gry – jak ja bym był trenerem, to chciałbym opracować własny styl – i na pewno nie taki, który polegałby wyłącznie na szybkości, chociaż wiem, że obecnie zawodnicy dobierani są przede wszystkim ze względu na kryteria szybkościowe, a coraz mniej wysokie umiejętności techniczne. Co sprawia, że czasami jeden czy drugi zawodnik nie może do siebie mnie przekonać. I jak mieliśmy tak nadal mamy, jako polskie zespoły, straszny problem w ataku pozycyjnym, o czym już mówiliśmy. My chyba najmniej rozglądamy się za kreatorami gry. U nas, jak trafiają nawet zawodnicy – obcokrajowcy, to…

…to Kazimierz Węgrzyn – walor fizyczny: siła, raz jeszcze siła, wydolność biatlonisty i wiaderko witamin…
Właśnie. To są w swej zdecydowanej większości zawodnicy silni, szybcy, mężni, ale brak takich rodzynków, jak to się dzieje ostatnio nawet w klubach z Azerbejdżanu czy Izraela, gdzie dobiera się Brazylijczyka, który ma może 168 cm wzrostu, ale on kreuje grę, i jest zawodnik stricte technicznym. A w Polsce? Nie wiem, albo nasz styl gry, albo idea trenerów nie pozwala na to, by wkomponować takiego typowego playmakera do drużyny… Naprawdę trudno mi jednoznacznie powiedzieć, ale czasami ma wrażenie, że wcale takich zawodników nie poszukujemy.

Właściwie to odpowiedziałeś już na pytanie, którego jeszcze nie zadałem, trochę jak u Barei: awansem, ale mi chodziło o rzecz następującą. W Polsce, niemal wszystkie drużyny, poza małymi wyjątkami, już ich nie będę wymieniał, grają w systemie 1-4-5-1 w ustawieniu 1-4-2-3-1 nie mając, praktycznie, dziesiątek. Nawet ich nie „produkujemy”, już od lat, co zauważył słusznie prezes Boniek. I teraz pytanie – gdzie grałby dzisiaj Piotr Reiss, tylko młodszy o te parę lat? Bo wtedy obowiązywała, przepraszam, za bolesne może użycie czasu przeszłego, tzn. „za Twoich czasów”, gra dwójką napastników, ale Ty dla mnie nigdy nie byłeś taką klasyczną dziewiątką.
Dokładnie. Nie byłem.

Oczywiście dziewiątką będziesz zawsze – jeśliby chodziło o numer, legendę i wszystko z tym związane. Natomiast z 1-4-2-3-1 pokazał Luciano Spaletti w AS Romie, która grała bardzo pięknie w piłkę, że Totti mógł grać taką fałszywą dziewiątkę. Czy również widziałbyś się w takiej roli, nowoczesnej fałszywej „9”, jak Totti, którego wiem skądinąd, że sobie bardzo cenisz, czy jednak wybrałbyś wędrówkę do pomocy i występy jako klasyczna dziesiątka?
Ja jednak z racji moich predyspozycji, byłbym ustawiany jako dziesiątka – tak było w Warcie, gdzie trener Baniak tę pozycję mi przeznaczył, ponieważ przewyższałem jednak umiejętnościami taktyczno-technicznymi naszych zawodników w Zielonych. Natomiast brakowało mi szybkości, bo wiadomo, że z wiekiem na tej szybkości się traci. I stąd też ja byłem odpowiedzialny właśnie za kreowanie gry. Nie tylko za strzelanie bramek, ale właśnie za kreowanie gry. Mimo wszystko, tych bramek udawało mi się strzelać bardzo dużo.

Przecież w klasyfikacji kanadyjskiej, nawet jak nie byłeś królem strzelców, nierzadko górowałeś. Tych punktów na Twoją korzyść zazwyczaj było bardzo dużo.
Dlatego taką rolę właśnie odgrywałem.

W 1-3-5-2 ustawiali Cię kiedyś nawet na skrzydle, jeżeli dobrze pamiętam?
Tak, gdzie ja nie grałem (śmiech)… Trener Franiak chciał zrobić mnie skrzydłowym, co w ogóle wydawało mi się wtedy absurdem, ale trener chciał, jak sądzę, wykorzystać moje umiejętności gry jeden na jeden (śmiech). Wracając na poważnie do pytania, to rzeczywiście, u nas gra się głównie takim systemem. Myślę, że obnażyło, może nie obnażyło, ale wskazało pewne jego wady czy może, wskazało alternatywne rozwiązania, AIK Solna. Zespół, który nie miał wtedy klasycznej dziesiątki, zespół właściwie bez gwiazd, który zagrał przeciwko Lechowi 1-4-4-2, świetnie wykorzystując umiejętności taktyczne całej drużyny. Stąd też Lech, który mimo, że zagrał bardzo dobre spotkanie rewanżowe, nie zdołał odrobić straty. Myślę, że jeśli zespół nie ma możliwości, śmiało może zagrać zupełnie innym systemem niż dominujący u nas, i to 1-4-4-2 jako ostatnie widziane na żywo, reprezentowane przez AIK, zagrane taktycznie, perfekcyjne wręcz w pewnych elementach, daje ku temu zachętę.

Osobiście nie jestem akurat fanem tego ustawienia, uważam, że 1-4-3-3 jest tym co najbardziej pozwala dominować we współczesnej piłce.
Tylko, czy my mamy takich skrzydłowych?

Właśnie nie. Myślałem jeszcze, że może Peszko kiedyś – ale jak ostatnio widziałem na żywo Tello, najmniej barcelońskiego gracza z całej Barcelony, to jego przyspieszenie…
Ale ile mamy takich Peszków? No pewnie, że 4-3-3 oznacza zazwyczaj ofensywny styl gry.

I bardzo widowiskowy.
Ale to zależy, bo jak się dobrze ustawi 1-4-4-2 to tak samo można grać naprawdę ładną piłkę.

Na przykład Stany Zjednoczone. Mając typowych wyrobników Bradley pokazał, że mimo publiki która cieszyła się czasem z autów, można dobrze zagrać schematycznym 1-4-4-2 nie wybijając wyłącznie długiej piłki na wysokiego napastnika, tylko starać się rozgrywać. Wyszedł przecież z grupy na Mistrzostwach Świata co nam się nie udało od dawien dawna.
Do czego ja dążę – u nas grupy młodzieżowe grają często 1-4-4-2 i później Ci zawodnicy przychodzą do seniorów, a nie mogą sobie poradzić. Przykład Lecha także to w pewnym stopniu ilustruje, bo trafił do nas Darek Formella i do dzisiaj ja sobie nie mogę odpowiedzieć na pytanie czy to jest napastnik, czy może raczej skrzydłowy? Na moje oko nie jest typowym skrzydłowym. To zawodnik, który przez latał grał w tych wszystkich grupach młodzieżowych w systemie 1-4-4-2, jako atakujący, bo to naprawdę interesujący rodzaj gracza do gry dwójką z przodu. I teraz ja się zastanawiam, czy on będzie skrzydłowym czy napastnikiem docelowo? No zobaczymy, miejmy nadzieję, że jak teraz powstają drużyny rezerw klubów ekstraklasowych, grające na poziomie drugo, trzecioligowym, ale z systemami zbieżnymi z pierwszym zespołem to ci młodzi zawodnicy szybciej się zaadoptują to wymogów pierwszego zespołu i będą się od dołu do niego się przebijać. Ja tak trafiłem do Kolejorza i nie żałuję, a wręcz polecam.

Bardzo ważna rzecz, jeśli pozwolisz, ja ogólnie nie cierpię polskiego określenia „defensywny pomocnik”. Myślę, że termin „pivot” (obrotowy?) oddaje całą ideę lepiej i jak dla mnie jedynym poważnym graczem zasługującym na to określenie jest Rafał Murawski. Bowiem to nie jest przypadek, że występował on w Rubinie Kazań, który ustawiał się często dość defensywnie, nawet piątką obrońców czasami, ale jednak grał na wysokim poziomie taktycznym, gdzie rola łącznika pomiędzy obroną a atakiem była szczególnie istotna, a Rafał tam radził sobie nad wyraz dobrze. Może jeszcze Łukasz Piątek, ze starych wyjadaczy ligowych, ma podobny profil. [Wolno śmiać się dowoli, jak to wszystko się potoczyło: taki ze mnie „znafca” i wizjoner]
Ale dzisiaj tak naprawdę ciężko jest w ogóle oceniać, kto jest defensywny, a kto ofensywny. Bo przy 1-4-2-3-1, no ok, ta dwójka niby jest zawodnikami defensywnymi, którzy muszą wypośrodkować grę ofensywną z defensywną, ale to powinni być zdecydowanie środkowi pomocnicy typu box-to-box, a u nas w lidze na tych pozycjach szuka się zwykle zawodników potrafiących grać bardzo dobrze w obronie, ale rzadko niestety uwzględnia się ich walory ofensywne. Ja myślę, że takim zawodnikiem, który mógłby grać w dwójce, nie wiem już jak to nazwać, powiedzmy po prostu: środkowych pomocników, jest dla mnie Karol Linetty. Ewidentnie!

Dokładnie, tak samo uważam.
To jest świetny zawodnik na tę pozycję. [Się zna, się trafia z prognozami, w odróżnieniu od piszącego te słowa].

On przecież fantastycznie zagrał, jako taki nasz fałszywy Pirlo – ależ górnolotnie! - na tych „brązowych” Mistrzostwach Europy U-17. Powiedz mi, jeśli zaś chodzi o Ciebie – najlepszy rozgrywający z jakim grałeś, oczywiście obok Świra, który był jednym z trzech topowych rozgrywających w 2001 roku na świecie, jak był łaskaw stwierdzić Jerzy Engel. Zdaje się, iż napomknął także przy tamtej okazji, że obok Zidane’a i Pirlo właśnie. Trochę popłyną wtedy nasz selekcjoner…
Ja pamiętam Piotrka z boiska.

To był żart oczywiście z mojej strony. Bardzo ceniłem sobie grę Świra, ale znajmy proporcje.
Nie, ale Piotrek lubił kreować grę. To nie był zawodnik, którego z punktu widzenia trybun można było określić jako zawodnika technicznego. Ale znam doskonale Piotrka z treningów, znam jego umiejętności i to jest naprawdę zawodnik techniczny. On potrafi sobie poradzić w grze jeden na jeden z gościem na plecach, to jest zawodnik, który potrafił być liderem zespołu, zarówno na boisku jak i poza nim. Niestety, ale rozgrywający to musi też być przede wszystkim lider, i nawet jeśli u nas ktoś ma takie umiejętności, to często nie bywa tym liderem poza boiskiem, i stąd trudno mu się dostosować do tej, bardzo wymagającej, pozycji na boisku.

LUDZIE_LECHA_POZNAN/EXLECHICI/reiss2.jpg

A najlepszy rozgrywający z jakim grałeś? Z kim miałeś najwięcej takich fajnych asyst? Araszkiewicz? Araszkiewicz też nieźle grywał jako dziesiątka.
Myślę, że też… Ale jednak Semir Stilić to był taki zawodnik, który posiadał spore umiejętności predestynujące go do gry w tym obszarze boiska. Jemu się ciągle wmawiało, że nie posiada szybkości etc., ale jeśli chodzi o polskie warunki, to myślę, że to był taki ostatni naprawdę kreatywny zawodnik, jeśli chodzi o dziesiątki w polskiej ekstraklasie. I może trochę szkoda, że dzisiaj Semira już z nami nie ma. Semir osobiście fajny chłopak, nie wiem czy do prowadzenia dla trenera, ale jako kolega, powtarzam, fajny chłopak. Sądzę, że jeśliby znaleźć sposób na dotarcie do jego psychiki, to mógłby to być świetny zawodnik. Jeśli chodzi o pułkę Lecha, bo nie mówię o jakimś super europejskim poziomie, ale w Lechu była to barwna postać boiskowa nadająca Kolejorzowi sporo gracji.

Kolejne moje pytanie – Hamalainen – ósemka czy dziesiątka? Moim zdaniem jednak ósemka.
Trudno powiedzieć, są różne głosy. Ja myślę, że Kasper łączy de facto różne pozycje. Ja go widziałem jak grał w swojej poprzedniej drużynie bardziej jako defensywnego pomocnika w systemie 1-4-4-2. U nas gra na pozycji dziesięć, a w reprezentacji Finlandii często jest nawet jako dziewiątka wystawiany. Także gra coraz wyżej z biegiem czasu. Myślę, że jest to chłopak uniwersalny, gdzie się go nie postawi tam się odnajdzie. Dzisiaj w Lechu odpowiedzialny jest za kreowanie gry i radzi sobie całkiem udanie.

Najbardziej ofensywnie nastawiony trener z którym pracowałeś? Był taki, który rzeczywiście miał spójny pomysł na ofensywną grę?
Różnie to bywało, przede wszystkim nie chcę tu oceniać trenera Rumaka. Więc powiedzmy, że do etapu trenera Smudy, każdy ze szkoleniowców, w zależności od potencjału drużyny, coś tam chciał swojego wprowadzać. A trener Smuda dostał naprawdę drużynę z bardzo dużym potencjałem – połączył dwa kluby, bo miał przecież Lecha i Amicę. Miał dziesięciu zawodników do wyboru, czyli jeśli chodzi o umiejętności i predyspozycje wybierał, jego zdaniem, najlepszych. Wprowadził swój styl gry, graliśmy krótką piłką – taką typową krakowską – co było widoczne i rzeczywiście, polskie kluby nie radziły sobie tak dobrze w europejskich pucharach jak właśnie my za Franciszka Smudy.

Żaden poza Lechem nie wyszedł z grupy Pucharu UEFA.
Dokładnie. Potrafił on dotrzeć do psychiki zawodników, potrafił ich nastawić i wyłożyć im to tak, że wierzyli w siebie, stąd też znakomita gra z Deportivo La Coruña, zwycięstwo na wyjeździe z Feyenordem, czy deklasacja ekipy Zurychu. Myślę, że Smuda wykorzystał potencjał tamtej drużyny, ale po części, nie w pełni. Wcześniej, hm, doskonały motywator to Bogusław Baniak, który chciał grać bardzo wysokim pressingiem, żeby zabierać piłkę rywalom już na ich połowie, grać naprawdę wysoko po to, by mieć jak najkrótszą drogę do bramki rywala i, też po części, to wprowadzał. Trener Michniewicz - miał z pewnością swoją wizję gry, chciał, a wręcz był zmuszony do tego, aby grać widowiskowo dzięki czemu kibice chcieli przychodzić na trybuny. I rzeczywiście, pamiętam ten okres kiedy kibiców mieliśmy bardzo dużo na trybunach, bo Lech grał bardzo ofensywnie, może nie zawsze skutecznie, ale jak na tamten czas dość spektakularnie.

Ja sam byłem na większości meczów Lecha, nawet jak graliśmy w drugiej lidze, jestem z Poznania i dlatego być na tych meczach było łatwiej niż wielu innym. I muszę stwierdzić, że Kolejorza dobrze się oglądało, nawet jak na drugą ligę, może i było to niewysublimowane, ale jednak całkiem strawne.
No właśnie dlatego, że starał się grać wysoko.

A powiedz tak szczerze, ile meczów w tygodniu oglądasz?
Był taki czas, gdy coraz mniej tego czasu spędzałem na oglądaniu piłki nożnej, bo wolne chwile pochłaniały mi inne projekty, jak chociażby Akademia Piłkarska Reissa. Natomiast dzisiaj, z racji zakończenia kariery i zmiany stanowiska, już zupełnie inaczej podchodzę do futbolu, staram się go realnie oceniać, poprzez doświadczenie zdobyte na boisku staram się też każdy mecz gruntownie analizować, no i siłą rzeczy, zwiększam sobie dawkę tych spotkań do obejrzenia z uwagi na obowiązki w klubie.

Ekstraklasę też podziwiasz?
(Śmiech). Był taki okres, że dużo, potem mniej, jeszcze później zdecydowanie mało, a teraz zaczyna się inny etap w moim życiu i znów podziwiam, jak to rzekłeś, regularnie rozgrywki ekstraklasy. Czasami muszę się pomęczyć (śmiech).

Kolejna alternatywa: Swansea czy Monako? Swansea, „walijska Barcelona”, jest przykładem tego jak podchodzą właściciele klubu do jego wizerunku, również stricte sportowego: chcą mieć określony produkt, odpowiednio, wedle nich, sprofilowany. Od trzeciej klasy rozgrywkowej zatrudniali trenerów, którzy mieli inklinacje do bardzo ofensywnego futbolu, gry w określony sposób, w oparciu o posiadanie piłki, wysoki pressing, grę kombinacyjną nawet w tak malutkim, w skali wyspiarskiego futbolu, klubie.
Tak, zdecydowanie to widać, że Swansea robi bardzo dobrą robotę, posiada także coraz lepszych zawodników.

Martinez – teraz Everton, wcześniej Wigan przecież wiadomo, Brendan Rogers – teraz Liverpool, no i Michał Laudrup – który, w mojej opinii, był najlepszym zawodnikiem, który nigdy nie dostał złotej piłki, tak samo jak będzie to z Xavim. Zresztą sam Hernández Creus podkreślał niejednokrotnie, że najbardziej dumny jest z tego, iż wygrywał trofea właśnie w takim stylu. Nie kryję, że projekt Swansea bardzo mi imponuje. Z drugiej strony Monako – to również jest obraz nowoczesnego futbolu. Możemy sobie w sezon kupić klub, pobawić się nim, potem dokupić Falcao. Który model Ci się bardziej podoba?
To, że Monako dokonało tak dużych zakupów to nic jeszcze nie znaczy, zobaczymy jak to będzie w praktyce, na murawie. Czasami gdzieś w pewnym miejscu chce się zrobić na szybko piłkę, pokazał to przykład Manchesteru City, typowy średniak ligowy, dzisiaj czołowy klub europejski. No może nie europejski, powiedzmy, że czołowy klub angielski. Czyli na razie wychodzi na to, że za te wielkie pieniądze udało się zrobić produkt konkurencyjny tylko na własnym podwórku. Zobaczymy jak będzie z Monako, Chealsea też była trochę podobnie budowana, aczkolwiek myślę, że po części z ludzi im oddanych, swoich wychowanków – no może nie wychowanków, chociaż John Terry – zawodnik, który jest stamtąd, czy Frank Lampard, który co prawda jest wychowankiem West Ham’u ale jednak w tej Chelsea jest ikoną. Co pokazuje, że mimo, iż kupują dużo, to stawiają także na określone wartości. Może to też jest pomysł na Lecha – dwóch, trzech zawodników, którzy są typowo stąd, na których opieramy historię, przywiązanie, lokalny patriotyzm, a reszta z zewnątrz, ale o określonej jakości piłkarskiej.

Ideał, ale dzisiaj będzie pewnie potwornie ciężko doprowadzić do jego realizacji.
To może okazać się prawdą, kiedyś takim zawodnikiem byłem ja, teraz Krzysiek Kotorowski – który też pewnie zaraz będzie kończył karierę. Trzeba szukać takich zawodników, bo dzisiaj już nie ma za wiele podobnej nam młodzieży. Każdy kto trzy razy lepiej kopnie piłkę, już chce jechać dalej. Zdobywać laury, większe pieniądze zagranicą. Czy to jest dobry model? Mi się podobał mój. Może nie zarabiałem wielkich pieniędzy, z dzisiejszej perspektywy, ale przez lata starałem się być kojarzony tylko z Lechem, i myślę że udało mi się uzyskać jakąś popularność tutaj, może na rynku lokalnym, ale czuję się z tego dumny, bo zawsze kibicowałem Lechowi.

Bez przesady z tą lokalnością, skromnością.
Mam nadzieję, że kibice innych klubów zazdroszczą kibicom Lecha takiego zawodnika jakim byłem ja.

Co dalej z książką? Miał być drugi tom.
No będzie, na pewno będzie drugi tom. Tylko na razie nie mam zupełnie na to czasu. Obiecałem również, że napiszę ją jak skończy się całkowicie moja sprawa we Wrocławiu, a ona gdzieś się tam jeszcze cały czas toczy. Jednak koniec kariery piłkarza to dobry moment, żeby usiąść i zacząć pisać. Co mnie, nie ukrywam, kusi.

A będzie pikantna? Ostatnio ukazało się kilka książek polskich piłkarzy i były całkiem mocne.
Myślę, że będzie w podobnym kontekście do poprzedniej. Mam już zebranych sporo informacji, o których chciałbym, żeby się kibice dowiedzieli, a o których pewnie nigdy nie słyszeli. Czy będzie pikantna? Moje życie jest jakie jest, trudno mi powiedzieć co w tym kontekście nazywać pikantnym. Jeśli ktoś pisze o rzeczach dramatycznych, to widocznie tak to życie przeżył. I są oczywiście ludzie, byli piłkarze, którzy takie właśnie sprawy przeżyli, przetrwali. Mieli ostre zakręty w swoim życiu i fajnie, że zdecydowali się o tym szczerze pomówić. Ja nie mam ambicji by ścigać się w sensacji, zmyślać dla efektu, koloryzować. Nie sądzę więc, że będzie to rzecz mocna w tym sensie, ale nie oznacza przecież, że zupełnie nieciekawa. Po prostu moja, bo w moim stylu!

Komentarze: (1):
  • Szkoda panie Piotrze, że nie ma już pana w składzie Lecha. Takiego napastnika kolejorzowi brakuje, jakim pan byłeś. Ale lata lecą nieubłaganie. Mówi się trudno, a kocha dalej :)

Współpraca

Wielkopolski Futbol Pocztowe Krwinki Piłkarska Prawda Statystyki Piłkarskie Pomagaj Online
HOME | LIGA TYPERÓW | STAT4U
Wszelkie prawa zastrzeżone. © Lechita.Net & LTA Group 2007-2018 | IonicCMS